
www.sxc.hu
Część druga
Ziemia drżała delikatnie. Przez wodę wypełniającą koleiny w drodze przebiegło falowanie. Narastające, w miarę jak potężne auto nadjeżdżało z ogromną prędkością. Woda marszczyła się, kotłowała, maleńkie fontanny wybuchały do góry, wywołując kataklizm w świecie drobnych żyjątek. Gdyby jednak oddalić się trochę dalej, dałoby się dojrzeć w wodnym odbiciu kształtną nogę stojącej nad kałużą kobiety. Noga była jak niebieski słup – ciasno opięta jeansami, wraz ze swoją bliźniaczą towarzyszką – nogi zdawały się sięgać nieba.
Zwieńczone były całkiem kształtną pupą. Dwie wypukłości, podkreślone przez opinające je spodnie. Tuż nad nimi zwężenie talii, płaski brzuszek zakryty białą koszulą, pod którym drgały mięśnie. A nad brzuszkiem – dwie jędrne i gładkie jak aksamit piersi, ściśnięte razem jak dorodne żółtka.
Spoglądając dalej w górę, można było dojrzeć łabędzią szyję, na której perliły się delikatne diamenty potu, wydobyte przez piekielnie gorące słońce.
I wreszcie, twarz. Idealna, jak twarz anioła. Pełne, zmysłowe usta, niewinne wejrzenie wielkich oczu, pukle jasnych loków okalające sercowate oblicze i różowe płatki uszu, delikatne, podświetlone na czerwono przez prześwitujące światło.
Frank pędził swoim kabrioletem przez pustynie na pograniczu z Meksykiem. Kochał ten stan – wiatr we włosach, uderzenia wiatru omijające znienacka owiewkę auta i skalisto – pustynny krajobraz, przewijający się za oknem niczym stary film. A nade wszystko – uwielbiał to poczucie wolności. Przestrzeń. W tym momencie był panem całego świata. Powietrze, gorące i ciężkie od wilgoci spowodowanej rzadkim w tych okolicach deszczem, pachniało ziemią i wodą.
Frank pędził, nie bacząc na jakiekolwiek ograniczenia.
A wtedy, w momencie największego triumfu i zachwytu własną wolnością, zobaczył ją w całej krasie i okazałości. Wiedział, gdy tylko jego oczy spoczęły na jej kształtach, czuł każdą fibrą istnienia, że musi ją mieć, musi ją zdobyć, musi ją porwać, jak rycerz z dawnych czasów pędzący na silnym koniu. I dotarło do niego, że tak na prawdę, dopóki jej nie spotkał, nigdy nie był wolny…
Zamachała ręką. Zatrzymał auto i obrócił głowę w jej stronę, gestem podpatrzonym na setkach filmów. Podeszła do drzwi, pochyliła się. Jej przecudowne piersi znalazły się na linii jego wzroku. Wydęła usta i przygryzła pełne wargi. Był pewien swego. Czuł podniecenie rozlewające się gorącem pod materiałem spodni, usztywniające go, puls krwi, tętnienie życia. I nieludzkie pragnienie. Jej widok działał na niego jak afrodyzjak.
-Witaj kowboju – powiedziała, niskim seksownym głosem, od którego przeszły mu ciarki po plecach, a siedzenie stało się bardzo niewygodne.
-Witaj piękna… – banał sączył się z jego ust. Wszystko było dokładnie tak jak na filmach! – Podrzucić Cię gdzieś…?
-Tak, jakbyś był tak miły… mój chłopak mieszka za tamtą górą – Frankowi wszystko zwiędło na dźwięk słowa “chłopak”, tymczasem ona wskazała podbródkiem na zachód – ale mi zupełnie zepsuło się auto parę kilometrów stąd i postanowiłam iść piechotą. Całe szczęście, że się zjawiłeś. Jedziemy? – zapytała z niewinnym uśmiechem doświadczonej kusicielki.
Jednak Frank obietnicy musiał dotrzymać. Poza tym, wciąż jeszcze tliła się w nim nadzieja, głupia nadzieja, że jednak świat będzie jak na filmach…
Ciąg dalszy za tydzień




