
magia tańca
Muzyka otaczała nas ze wszystkich stron. Była jak gęsta mgła, niewidzialna, wszechogarniająca, porywająca. Zatracałem się w wibrujących tonach, w melodii, w cudownym uporządkowaniu rytmu i zaskakujących bitów. A jednak muzyka była tylko tłem dla spektaklu, jaki rozgrywał się przed moimi oczami. Dziewczyna, roztańczona, lśniła jakby wewnętrznym światłem. Poruszała się troszkę wolniej niż reszta tańczących tam ludzi. A ja pożerałem ją głodnym wzrokiem.
Każdy jej ruch był pełen gracji. Ona… nie tańczyła w zwykły sposób. Była nieziemska, nie z tego świata. Szczupłe, długie nogi uginały się i prostowały hipnotycznie. Jędrne, gorące uda opięte były ciasno przylegającymi biodrówkami. Idealnie ukształtowany brzuch kołysał się niczym kobra, a smukłe ręce niby przypadkiem muskały to wypiętą pierś, to kawałek odsłoniętej talii. Wyginała się miękko, płynęła w powietrzu w moją stronę, by uciec, ilekroć wyciągnąłem dłoń w jej kierunku. Kusiła całym swym jestestwem. Z każdym jej obrotem i zawirowaniem moje serce zaczynało bić coraz szybciej. A co najgorsze, ona doskonale o tym wiedziała.
Muzyka się zmieniła. Z szybkiego tanecznego kawałka wskoczyło coś spokojniejszego. Perliste nuty pianina wsiąkały w duszę, wcierane jak krem mocnymi, miękkimi podbiciami basów. Zbliżyła się do mnie w tańcu… powoli, jak wędkarz oswajający swym widokiem sparaliżowaną ze strachu rybę. A ja, zafascynowany, z drżącymi kolanami, nie mogłem uwierzyć w to, co się działo. Była tak blisko… czułem oszałamiający zapach jej perfum, widziałem skrzące się jak dwa szafiry sadzawki oczu. Mój wzrok tulił ją, przyciągał, kochał i głaskał. Czułem się zupełnie jak pod wpływem jakiegoś psychotropowego środka, o którym opowiadał nam doktor antropologii. Ona była ucieleśnieniem moich marzeń o kobiecie.
Uspokoiłem oddech, rozluźniłem się i skupiłem na chwili obecnej. Pora wreszcie wkroczyć zdecydowanie do akcji – powiedziałem do siebie w myślach. Carpe diem. Teraz albo nigdy.
Jeszcze raz wyciągnąłem dłoń. Powoli, wystudiowanym ruchem, nieubłaganym, kierowanym najbardziej pierwotną siłą na naszej planecie. Całe moje ciało zastygło w gotowości, w uszach słyszałem i czułem tętniącą krew. Łup, łup, łup, łup… gorąco. Strach. Odejdzie? Zostanie? Uśmiechnie się? Zmrozi wzrokiem…?
Uśmiechnęła się. Dotknęła. Nigdy… nigdy nie spodziewałbym się, że zwykłe dotknięcie dłoni może dawać tyle siły, tyle energii, tyle przyjemności i blasku. Dotknęła i zatańczyła palcami, ścisnęła lekko. A ja czułem się jak instrument, który trafił w ręce najznamienitszego wirtuoza. Miałem tylko nadzieję, że będzie to mistrzyni ars amandi.
Podeszła jeszcze bliżej, kołysząc biodrami. Zaschło mi w gardle, wargi drżały, w brzuchu działo się coś dziwnego. Jakby dostać dwudziestokilowym młotem prosto w duszę.
A potem przytuliła się. Przywarła, jak magnes. Objąłem ją czule, zatopiłem palce w falowanych, czarnych włosach. Tonąłem w jej zapachu, topiłem się w jej objęciach, czując żar, strach, pożądanie, wszystko tak strasznie silnie…
I tańczyliśmy. Tańczyliśmy do białego rana, niepomni ludzi, świata, ścian i świateł. Jak dwie czarne dziury pożerające się nawzajem w międzygalaktycznej przestrzeni.
Gdy zamknięto klub, sterczeliśmy przed drzwiami starej kamienicy.
“Odprowadzisz mnie do domu?” zapytała. “Boję się iść sama…”
“Oczywiście” odparłem i zanurzyliśmy się oboje w mroku ulicy, zmierzając ku wyspie szczęścia, rozkoszy i przyjemności, jakie sobie wyobrażałem…




