zakochany milioner, część pierwsza (1/3)

Jan
dodajdo

mybijoublackhs3

Część druga i trzecia

Zapach fajki przenikał powietrze. Wyselekcjonowane tytonie najlepszej jakości mieszały się w główce, płonęły, a następnie wędrowały w postaci dymu poprzez cybuch fajki wprost do okolonych zarostem ust Jamesa. Zaciągał się z przyjemnością, delektując się ściskaną w dłoni szklaneczką szkockiej whisky. Na stoliku spoczywała lekko zmięta wczorajsza gazeta. Ale James nie interesował się tym, co w niej było napisane. Całą swoją uwagę poświęcał obserwowaniu nadmorskiego deptaka przed swoją luksusową willą. Plaża, zachód słońca, dobry tytoń i wyborna whisky. A do tego… piękne kobiety wędrujące tuż przed jego oczami. Czy można chcieć czegoś więcej? James chciał, tylko nie bardzo wiedział, jak to osiągnąć.  

Rok 1955 w Stanach Zjednoczonych był cudowny. Przynajmniej James tak sądził. Odziedziczył olbrzymi spadek po ojcu, potentacie kolejowym. Używając swojego szóstego zmysłu i wykorzystując każdą, nadarzającą się ku temu okazję, inwestował i pomnażał swoje dobra. Dolary płynęły nieprzerwaną rzeką, aż materialne potrzeby zupełnie straciły na znaczeniu. I jakby… więcej kobiet się pojawiło. Pięknych, olśniewajacych, błyszczących jak diamenty. I równie drogich w utrzymaniu. Równie twardych. I zimnych. “Powodzenie przyciąga powodzenie” – pomyślał cynicznie James i westchnął ciężko. Po początkowej euforii i dziesięciu latach spędzonych co miesiąc z inną modelką czy gwiazdką, zaczął ostatnio dostrzegać bardziej proste wartości. Pojawiły się marzenia o rodzinie, dzieciaku, bliskości… Rzeczy, których za pieniądze kupić się nie da. 

Pogrążony w ponurych rozmyślaniach, dokończył whisky i udał się do środka willi, żeby się przebrać. Słońce już zaszło, pastelowe barwy wykwitły na nieboskłonie jak na tandetnych podróbkach wielkich impresjonistów. Na korytarzu minął się z Suzan, pokojówką. Dygnęła przed nim, a on skinął głową, mimochodem zauważając, że całkiem ładna z niej dziewczyna. Jędrne piersi, ściśnięte przez gorsecik w dwa pączki, napierały i kusiły wzrok. Dołeczki w policzkach, pełne, zmysłowe usta i zgrabna talia dopełniały uroku tej hiszpańskiej służebnej. Tylko że… nigdy nie patrzyła mu w oczy. 

Udał się do pokoju i ubrał  w swój najlepszy, wyjściowy strój. Dziś miał zaproszenie na spotkanie ludzi z wyższych sfer, gdzie pieniądze, władza i seks mieszały się w gotującym tyglu, niezależnie od wieków i systemów politycznych. 

“Skoro ja tam będę, to bardzo możliwe, że będzie też tam jakaś kobieta podobna do mnie” pomyślał, nie po raz pierwszy zresztą. Mimo kilkunastu rozczarowań wciąż był niepoprawnym optymistą, mającym nadzieję na spotkanie miłości swego życia nawet w takim gnieździe węży, do jakiego się wybierał. Punktualnie o dziewiętnastej podjechał szofer jedną z tych drogich, luksusowych limuzyn. Pieniądze oznaczają potęgę, więc taki zbytek był konieczny, żeby zachować dostęp do ludzi, wśród których się obracał i załatwiał interesy. Ale gdzieś w głębi duszy brzydził się tym zbytkiem i blichtrem.  Wsiadł do środka, a szofer bez słowa ruszył na miejsce spotkania. Sala bankietowa hotelu Sheraton… 

Gdy wysiadł z limuzyny i oddał płaszcz usłużnemu boyowi, przywitał go gwar i muzyka sącząca się z przyległej wielkiej sali. Służący w liberii otworzyli przed nim duże, podwójne wrota i James wkroczył w świat intryg, seksu, pieniędzy i władzy, czterech głównych składowych towarzyskiej śmietanki. Czuł się jak rekin w wodzie. Nawet jeśli był rekinem rozważającym przejście na wegetarianizm, to emanował siłą i bogactwem, przyciągajacym do niego coraz to nowych współpracowników. I kobiety. Mnóstwo kobiet…

Były jak drogocenne kamienie. Każda ubrana w wyjątkową, wieczorową suknię, szytą specjalnie tak by wyeksponować krągłości i ukryć wady. Szelest sukni, błysk klejnotów na nagich szyjach, pełne, czerwone wargi skrywajace tysiące obietnic, smagłe uda, białe zęby. I wymyślne fryzury. James po raz kolejny nie wiedział, co zrobić z oczami. Egzotyczne piękności tańczyły mu przed oczami. Złoto, indygo, krwista czerwień, kaczeńcowa żółć… Czuł się trochę jak w żywym obrazie, otoczony przez te wszystkie postaci, chcące coś od niego, mające coś dla niego… Duszny zapach dziesiątek drogich perfum nadał powietrzu gęsty, ledwie znośny do wytrzymania aromat. James poczuł w pewnym momencie, że nie może już tego dłużej wytrzymać. Przeprosił rozmówców i udał się na balkon, zaczerpnąć świeżego powietrza i zapalić w zadumie fajkę. 

Balkon jednakże już nie był pusty. Oparte o balustradę, znajdowało się na nim zjawisko. Piękne zjawisko. Kobieta miała na sobie długą, białą suknię sięgającą kostek. Złote sandały uwypuklały i podkreślały piękno zadbanych stóp. Suknia otaczała ją niczym zwiewna mgła, podkreślając talię i pięknie ukształtowane piersi. Długie włosy upięte w misterny kok odsłaniały twarz anioła, o dużych, błękitnych oczach i niewinnym wejrzeniu. Była przepiękna. Na sam jej widok serce stanęło Jamesowi w piersi. A oprócz tego co innego stanęło mu w spodniach. 

Ochłonąwszy z pierwszego wrażenia, zebrał w sobie całą odwagę i urok, a następnie zdecydowanie podszedł do spoglądającej w jego stronę kobiety…

 

Ciąg dalszy w następny poniedziałek :)

Tagi: , , , , ,

Dodaj odpowiedź