
smutnooka piękność z dalekich krajów...
Pamiętam ten dzień, jakby to było dzisiaj. Za oknem klasy wył potępieńczo wiatr, drzewa chwiały się i niemalże dotykały ziemi. Ludzie przemykali od bramy do bramy, smagani deszczem ze śniegiem. Mróz wyrysował delikatną pajęczynę, cienkie i długie białe linie, topiące się pod wpływem mojego gorącego oddechu. Aura nie sprzyjała uśmiechom i dobry nastrój gdzieś wtopił się w ściany sali. Głos nauczyciela, monotonny, jednostajny, wręcz hipnotyzujący, sączył się zza siwej brody i usypiał… Rzeczy dziejące się za oknem były o niebo bardziej interesujące, niż prowadzona przez niego lekcja. Miałem osiemnaście lat i właśnie niedawno rozstałem się z dziewczyną. Ot tak… wielka miłość przemieniona w garść popiołu ze spalonych listów.
Po wyjściu ze szkoły z lubością zatopiłem się w szarą, zimną aurę późnojesiennnej pogody. Człap, człap, krok za krokiem, zmierzałem wśród kałuż do swojego mieszkania w bloku. Mieszkałem sam – rodzice wyjechali do pracy za granicę, ufając, że moje osiemnaście lat coś znaczy. W teorii, w świetle prawa, byłem dorosły. W praktyce cieszyłem się swobodą i pustym mieszkaniem.
Tak więc wracałem do domu, starając się nie myśleć o byłej dziewczynie, z głową spuszczoną w dół, człap, człap, człap. Miliony kropel rozbryzgiwały się fontannami, gdy wchodziłem w kolejne kałuże. W pewnym momencie zauważyłem nadjeżdżajace auto. Wielkie, jakiś TIR. Światła, ledwie widoczne zza zasłony deszczu i wiatru, jarzyły się jak oczy dzikiego zwierzęcia. Samochód jechał niezwykle szybko, zważywszy na warunki. Przede mną zgrabna sylwetka filigranowej dziewczyny, opatulonej w czarny płaszcz, przedzierała się do przodu, naprzeciw naporowi wiatru, skulona, zamknięta w sobie. Miała strasznego pecha. Ciężarówka z całą mocą i impetem wjechała w przydrożną kałużę. Brunatna fala zimnej wody o barwie miedzi przewróciła biedną istotkę na płytki chodnika. Ruszała się niezdarnie w błocie pomieszanym ze śniegiem i złotymi liśćmi, brudna, zmarznięta, zrezygnowana. Zrobiło mi się jej strasznie żal. Podbiegłem szybko i wyciągnąłem dłoń. Piękny płaszcz, poplamiony, zabrudzony, przesiąknął wodą. Spojrzała na mnie zapłakanymi oczami, z twarzą pomazaną błotem. Pięknie ukształtowane usta w kształcie serca, egzotyczne, dalekowschodnie rysy i skośne, brązowe oczy. Zupełnie jak barwny ptak z innych krajów, przyzwyczajony do ciepła i dobra, rzucony na pastwę naszej mroźnej zimo-jesieni. Niemrawo poruszający skutymi przez lód skrzydłami.
-Chodź, weźmiesz u mnie gorący prysznic, dam Ci czyste ubranie i zaparzę herbaty z miodem – powiedziałem po angielsku, jakoś tak automatycznie.
-Dziękuję, to cudowny pomysł – wyszeptała, też po angielsku. Tak więc miałem rację – prawopodobnie odwiedzała tylko nasz kraj. Kiepsko trafiła jeśli o pogodę chodzi.
Chwyciła mnie pod rękę i przywarła całym ciałem. Przez warstwy ubrań wyczuwałem smukłe, szczupłe ciało, drżące z zimna. Objąłem ją w pasie i ruszyłem w kierunku domu, znajdującego się już bardzo niedaleko. Miała wąską talię i małe piersi – ale w jej przypadku to w ogóle nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, sprawiało, że emanowała jakąś taką niezwykłą aurą niewinności.
Weszliśmy na klatkę schodową i do mieszkania, pozostawiając za sobą szarość i zimno polskiej jesieni. Dziewczyna dygotała jak osika, drżące wargi i zbielałe ręce świadczyły o solidnym wyziębieniu. Zaprowadziłem ją do łazienki, odkręciłem kurek z gorącą i zimną wodą. Podałem z szafy czysty ręcznik i miękki, przytulny szlafrok. Skinęła lekko głową w podzięce. Wychodząc, zamknąłem drzwi łazienki i poszedłem do kuchni, wstawić wodę na herbatę. Zauważyłem, że myśli zaczęły mi krążyć wokół tajemniczej nieznajomej, leżącej zapewne teraz nago w mojej wannie. “Jakie to dziwne rzeczy mogą spotkać człowieka podczas zwykłego powrotu ze szkoły do domu” – pomyślałem.
Czajnik z lekkim pyknięciem oznajmił, że woda gotowa. Poszedłem z kubkami zaparzonej herbaty do salonu, mijając po drodze łazienkę. I wtedy zauważyłem, że drzwi są otwarte. Przez szparę miałem widok na przepiękny spektakl. Zamarłem w miejscu, oglądając myjącą się nieznajomą, z poczuciem wstydu połączonego z niezwykłym pożądaniem. Wiedziałem, że to, co teraz robię, nie jest ogólnie przyjęte za gościnne zachowanie. Ale… Piękno, zapach czystości, fale gorąca zalewające całe ciało i pracująca na najwyższych obrotach wyobraźnia zupełnie zmieliły w proch i w pył jakiekolwiek zasady moralne, jakie posiadałem. Zamieniłem się więc w obserwatora i patrzyłem…
Następna część za tydzień…




