

Stewardessa z erotycznych linii lotniczych
Część druga
To była zimna, listopadowa sobota na warszawskim Okęciu. Porywisty wiatr szarpał połami mojego czarnego płaszcza, a niebo miało barwę ołowiu, zmieszanego tu i ówdzie ze srebrem. Wybierałem się do Francji. Firma, w której pracuję, wysłała mnie na delegację. Ciepła posada, którą miałem od ponad dziesięciu lat, gwarantowała mi co jakiś czas takie przywileje. Wspiąłem się po stalowym trapie do samolotu, usiadłem na swoim miejscu i zamknąłem oczy, pogrążony w błogiej świadomości.
Proszę zająć miejsca i zapiąć pasy – rzężący głos dobywający się z pokładowych głośników wyrwał mnie z zamyślenia. Wokoło rozległo się potrzaskiwanie zapięć. Silniki zamruczały miarowo. Po chwili zwiększyły obroty, a przyspieszenie wgniotło mnie w fotel. Wreszcie oderwaliśmy się od ziemi. Mimo dziesiątków odbytych lotów wciąż za każdym razem ogarniało mnie niebotyczne zdumienie – jak te kilkadziesiąt ton stali i kompozytów jest w stanie wzbić się w powietrze, niczym srebrny ptak i szybować nad ziemią i oceanami.
Lekko znudzony zwróciłem twarz w stronę stewardesy prezentującej właśnie kapok i omawiającej zasady bezpiecznego opuszczania samolotu w przypadku wodowania. Była… niezwykła. W całym swoim niekrótkim już życiu nie widziałem jeszcze takiego zjawiska. Miała czarną, hebanową skórę. Regularne rysy twarzy, wąski nos i ciepłe, orzechowe oczy. I te zęby, lśniące i mocne, okolone pełnymi wargami. Ubrana była w błękitny strój, a na głowie miała finezyjną czapeczkę. Miała długie, mocne nogi, odsłonięte przez mini spódniczkę. Pełne, ciężkie od obietnic uda zmysłowo napinały tkaninę, a piersi sprawiały wrażenie, jakby miały zaraz wyskoczyć. To była dzika kobieta, piękna i kusząca jak grzech. Jakimś cudem przeniesiona do naszych czasów, królowa Saba, moje nowe natchnienie.
Patrzyłem na nią zafascynowany, dźwięki ludzkich głosów zlały się w rzekę nic nieznaczących głosek. Byłem nieodwołalnie, totalnie, kompletnie oczarowany. A najgorsza w tym wszystkim była świadomość, że ona pozostanie na zawsze poza moim zasięgiem. Zniknie w biegu życia, jak mocne światło podczas drogi przez długi tunel – oddalając się w czasie, wspomnienie zblaknie, zgaśnie, by zmienić się w końcu w nic nie znaczący fakt. I tak, pogrążony w czarnych rozmyślaniach na temat afrykańskiej piękności, zasnąłem w fotelu. Obudziła mnie potrzeba. Potrzeba jak najszybszego znalezienia toalety. Rozejrzałem się wokoło. Niektórzy pasażerowie spali, inni rozmawiali przyciszonymi głosami, jakieś dzieci dokazywały na siedzeniach daleko z przodu. Obsługi nigdzie nie było widać. Wstałem ze swojego miejsca i udałem się na tył samolotu. Znalazłem kabinę, na szczęście była pusta. Zapomniałem jednak o zamknięciu drzwi – stare przyzwyczajenia wyniesione z domu. Gdy już niemal skończyłem, poczułem turbulencje. Zupełnie jakby wielka pięść chwyciła nasz samolot i zaczęła nim potrząsać. Z głównego pokładu dały się słyszeć okrzyki.
Proszę zająć miejsca i zapiąć pasy, przepraszamy za niedogodności – zaskrzeczał głos pilota z głośnika. Umyłem się, a następnie obróciłem, aby zamknąć drzwi do toalety, ciągle z opuszczonymi spodniami. W korytarzu stała ona. Moja czarna królowa. Poczułem falę zawstydzenia i czerwień wypełzającą mi na policzki. Patrzyła na mnie, półnagiego, dumna i piękna. A ja myślałem, że spalę się ze wstydu. Zobaczyłem jak na jej twarzy rozlał się zniewalający uśmiech. Już miała coś powiedzieć, wykonała krok w moją stronę, gdy nagłe turbulencje rzuciły ją prosto w moje ramiona. Objęła mnie z okrzykiem, a jej smukła czarna dłoń wylądowała przypadkiem między moimi nogami. Czułem ciepło emanujące z jej ciała, czułem ocierające się piersi, a egzotyczny zapach czarnej skóry i drogich perfum otoczył mnie jak rozkoszny obłok zapomnienia. Odskoczyła jak oparzona, ja usiadłem na kibelku, a drzwi przymknęły się z lekkim trzaskiem. Popatrzyła mi prosto w oczy, potem zerknęła na moją męskość, dla której tych bodźców było zdecydowanie za wiele. Uśmiechnęła się figlarnie i zamknęła drzwi na zatrzask. Byliśmy zamknięci w ciasnej kabinie, w bardzo niedwuznacznej sytuacji, na dziesięciu tysiącach metrów wysokości. Wiedziałem, że będzie to lot, którego nigdy w życiu nie zapomnę…
Następna część w przyszły poniedziałek…




